Kaczyński chciał muzeum, a wyszedł skandal. Poszło o dworek i miliony złotych – kulisy jak z thrillera

Jarosław Kaczyński marzył o dworku, który stałby się godnym pomnikiem dla jego tragicznie zmarłego brata – Lecha Kaczyńskiego. Miał tam powstać nie tylko muzeum, ale i symboliczna siedziba prawicy. Ale ten projekt zamienił się w finansową i wizerunkową katastrofę. Spółka Srebrna, majątkowe zaplecze PiS, najpierw wpłaciła 1,2 mln zł zadatku, potem… zażądała dwukrotnego zwrotu tej kwoty. O co poszło?

Zaczęło się od entuzjazmu – Kaczyński oglądał luksusowy Zajazd Napoleoński w Warszawie, planował tam nawet tymczasowo zamieszkać. Dworek z marmurami, kominkiem i ogrodem robił wrażenie. Umowa przedwstępna została podpisana, zadatek przelany. Ale potem pojawił się zgrzyt – 44-metrowy kawałek działki, o który toczył się sądowy spór z sąsiadem, został prawnie zasiedziany. Choć sprzedające siostry Walczyk twierdziły, że nie miały świadomości konieczności ujawnienia tego faktu w umowie, dla prawników Srebrnej był to powód do odwrotu.

Po cichu wyleciał prezes spółki Kazimierz Kujda – zaufany człowiek prezesa, który negocjował transakcję. Jego miejsce zajął lojalny prawnik PiS, Tomasz Bartczak. Wraz z nowym zarządem przyszła zmiana strategii – Srebrna nie tylko odstąpiła od umowy, ale zażądała zwrotu 2,4 mln zł. A gdy to nie zadziałało, zaproponowała… wykupienie dworku za 5 mln zł, czyli nieco ponad jedną trzecią wcześniejszej ceny.

Dla właścicielek dworku to policzek. Odmówiły. Dziś grozi im sądowa batalia z jedną z najbardziej wpływowych spółek w Polsce, a całej sprawie bacznie przygląda się otoczenie PiS. Tymczasem muzeum Lecha Kaczyńskiego nadal nie istnieje, a zaufani ludzie prezesa spierają się o odpowiedzialność za fiasko tej „transakcji marzeń”.

Leave a Comment