Międzynarodowa Flotylla Sumud, która miała dostarczyć pomoc humanitarną do Strefy Gazy, została przechwycona przez izraelską marynarkę wojenną. Na pokładzie znajdowali się również Polacy – w tym poseł Franciszek Sterczewski. Mimo ryzyka, członkowie misji zdecydowali się wypłynąć, ignorując ostrzeżenia polskiego MSZ.
Szef dyplomacji Radosław Sikorski nie gryzł się w język. – Ostrzegaliśmy, żeby tam nie jechać. To nie jest bezpieczna strefa. A ja nie mam zakładników na wymianę – stwierdził dosadnie podczas konferencji prasowej. Dodał, że służby konsularne działają, ale każdy, kto lekceważy oficjalne rekomendacje, robi to na własną odpowiedzialność.
Flotylla, choć miała humanitarny cel, została uznana przez stronę izraelską za naruszenie zasad bezpieczeństwa. Uczestnicy – w tym dziennikarze i działacze z ponad 40 państw – byli świadomi, że mogą zostać zatrzymani. Polskie MSZ potwierdziło, że nikomu nic się nie stało, a zatrzymani są przewożeni do portu w Aszdod, gdzie już działa polski konsul.
Z Pałacu Prezydenckiego również płyną jednoznaczne komentarze. Marcin Przydacz, minister w Kancelarii Prezydenta, zasugerował, że akcja miała raczej wymiar medialny niż realną szansę dotarcia z pomocą. – Wiedzieli, że nie zostaną wpuszczeni do Gazy – powiedział.
Pomimo tego, podkreślił, że Polska powinna dążyć do szybkiego uwolnienia swoich obywateli. Tymczasem premier Donald Tusk skomentował lakonicznie: – Traktujemy ich jak każdego innego obywatela.
Na pokładach jednostek znajdowali się również aktywiści i osoby zaangażowane w prawa człowieka – m.in. Nina Ptak, Omar Faris czy Ewa Jasiewicz. Ich zatrzymanie rozpaliło debatę o granicach aktywizmu, odpowiedzialności i polityce zagranicznej w strefach konfliktu.