Nie trzeba być prorokiem, by zrozumieć, że w polskim biznesie, instytucjach kultury i spółkach skarbu państwa już dziś zakłada się jeden scenariusz: że PiS wróci do władzy w 2027 roku. I że wróci bez skrupułów, bez zahamowań, bez kompromisów.
Widmo powrotu „dobrej zmiany” unosi się nad krajem jak chmura burzowa. A wraz z nim pytanie: czy demokratyczne instytucje zdołają się obronić, czy tylko biernie umożliwią kolejne demolowanie państwa prawa?
Historia zna już podobne przypadki. Bolsonaro w Brazylii, Trump w USA — politycy, którzy flirtowali z zamachami stanu, otwarcie grozili sędziom, mediom i oponentom. Teraz inspirują się nawzajem i pokazują, jak daleko można się posunąć, jeśli prawo nie postawi granic. Ich wzajemny podziw nie jest tajemnicą — a polska prawica patrzy na nich z zachwytem.
Jarosław Kaczyński od dawna nie ukrywa, że jego wizja państwa nie zakłada instytucjonalnych ograniczeń. A jeśli w 2027 roku wróci do władzy z przekonaniem, że „druga szansa to ostatnia szansa” — nie będzie litości. Dla sądów, dla mediów, dla opozycji. Lex TVN, lex Czarnek, lex Tusk? Tym razem naprawdę mogą się wydarzyć.
Jak podkreśla Michał Szadkowski, największe niebezpieczeństwo nie tkwi w tym, że nikt niczego nie wie. Wręcz przeciwnie — wszyscy wszystko wiedzą. Tylko nikt nie działa.