Stałam nieruchomo.
Nie krzyczałam. Nie biegłam. Po prostu patrzyłam.
Andriej wstał pierwszy. Jego krzesło nagle zaskrzypiało na podłodze, a jego wyraz twarzy zmienił się w jednej chwili – ze spokojnego na przerażony.
„Mamo! Mamo, co się stało?!”
Podbiegł do niej, ledwo ją uniósł z podłogi, ale jej ciało było już bezwładne, bezwładne. Jej oczy były otwarte, ale puste, jakby coś w niej już opuściło.
„Zadzwoń na 911!” krzyknął do mnie.
Powoli wstałam. Czułam się, jakbym była w złym śnie, z którego nie mogłam się obudzić. Telefon leżał na stole. Podniosłam go. Palce mi drżały, ale głos… głos był spokojny.
Za spokojny.
Po rozłączeniu się znowu spojrzałam na Andrieja. Trzymał jej głowę w ramionach, kołysząc ją delikatnie, mamrocząc coś bezsensownego.
I wtedy zrozumiałam.
To nie było do niej.
To było do mnie.
Znów poczułam falę zimna, ale tym razem nie był to tylko strach. To była złość. Czysta. Ostra.
„Co jej dodałeś do kawy?” zapytałam, nie podnosząc głosu.
Przerwał.
Nie spojrzał na mnie od razu. Nadal ją trzymał, ale jego dłonie napięły się.
„O czym mówisz?” zapytał po kilku sekundach.
Podeszłam bliżej.
„Dokładnie wiesz, o czym mówię. O kawie. O zapachu. O gorzkich migdałach.”
Potem spojrzał na mnie.
I po raz pierwszy w jego oczach nie było już śladu uroku. Tylko coś zimnego. Obcego.
„Nie powinnaś wiedzieć” powiedział cicho.
Uderzyło mnie to mocniej niż jakikolwiek policzek.
Poczułam, jak zapiera mi dech w piersiach.
— Dlaczego…? — wyszeptałam.
Zaśmiał się krótko. Bez humoru.
— Bo już cię nie potrzebowałam. Po prostu. Dom jest na moje nazwisko. Pieniądze są moje. Ty… byłaś tylko problemem.
Spojrzałam na Marię. Na jej ciało leżące na zimnych kafelkach.
— A ona?
Przez chwilę milczał.
— Nie powinna była pić.
Zamknęłam oczy na sekundę. Tylko na chwilę.
Kiedy je otworzyłam, nie byłam już taka sama.
W oddali słychać było syrenę karetki. Zbliżała się coraz bardziej.
Wzięłam głęboki oddech.
— Zmieniłam kubki — powiedziałam mu.
Zamarł.
— Co?
— Powinnam była pić. Ale zmieniłam kubki.
Przez chwilę zdawał się nie rozumieć. Potem wszystko na niego spadło.
Jego twarz zbladła.
— Nie… nie… — zaczął kręcić głową.
— Tak.
Cofnąłem się o krok, patrząc na scenę, jakby to było coś poza mną.
— Próbowałeś mnie zabić. I zabiłeś własną matkę.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Lekarze wpadli do środka.
Sąsiedzi już zebrali się przy bramie.
Szepty. Spojrzenia. Pobudzenie.
Stałem prosto.
Spokój.
Tym razem nie było już udawania.
Andriej zaczął mówić chaotycznie, tłumaczyć się, zaprzeczać, błagać.
Ale było za późno.
Wszystko się skończyło.
Tego ranka nie tylko uszłam z życiem.
Otworzyłem oczy.
I wyszedłem z tego domu, nie oglądając się za siebie.
Po raz pierwszy byłem wolny.