Miał być świeżym powiewem. Miał zerwać z wojną PiS-PO i dać Polsce nową jakość. Ale dziś – po nieudanej prezydenckiej kampanii i zapowiedzi rezygnacji z funkcji marszałka Sejmu – polityczna droga Szymona Hołowni zmierza ku końcowi. Dlaczego się nie udało?
Eksperci są zgodni: Hołownia był zjawiskiem, ale nie systemem. Wszedł do polityki z telewizyjnego świata, niosąc za sobą wiarę – w siebie, w ludzi, w „inny styl”. Ale polityka brutalnie zweryfikowała jego idealizm. Próba bycia wszystkim dla wszystkich – konserwatystą z empatią, liberałem z zasadami, rozjemcą w stanie wojny – zakończyła się fiaskiem.
Nie pomogły efektowne wystąpienia w Sejmie, ani charyzma. „Polityk nie powinien mieć halucynacji” – mówi jeden z ekspertów, odnosząc się do wiary Hołowni, że mógłby wygrać wybory prezydenckie już w 2020 roku. To przekonanie miało wpływ na jego późniejsze decyzje – często sprzeczne, często niezrozumiałe dla wyborców.
Błędem było też niedostrzeganie oczekiwań młodych, którzy szukali trzeciej drogi, a dostali polityka skręcającego w prawo, blokującego projekty o prawach kobiet czy związkach partnerskich. Ruch Polska 2050 nie stworzył trwałych struktur, nie miał zaplecza. Hołownia – jak Palikot, Kukiz czy Petru – skończył jako solista, który nie zbudował zespołu.
Kropką nad „i” okazały się spotkania z Bielanem. Dla wielu – niezrozumiałe, dla innych – nie do wybaczenia. Nawet jeśli wynikały z chęci dialogu, odebrane zostały jako zdrada idei, od której Hołownia zaczynał.
Był wielką nadzieją. Ale jego historia to dziś przestroga: polityki nie da się robić tylko sercem. Trzeba jeszcze wiedzieć, jak.