Zbliżał się już ranek, gdy w sypialni dyrektora zapadła upiorna cisza. Občine błyszczał w amalgamacie krzywej ziemi, ale dla niego noc nie przezwyciężyła całkowicie widma koszmarów. Od pierwszego promienia słońca jego umysł był przepełniony strachem, gotowym eksplodować przy najmniejszym zetknięciu z rzeczywistością.
W tygodniu po incydencie życie w szpitalu toczyło się pozornie normalnie. Koniec z imprezami, koniec z żartami o „dziewczynie z kostnicy”. Ale każdego dnia, w porze lunchu, gdy zbierano podpisy w rejestrze kostnicy, jej nazwisko pojawiało się jako znak, że znów jest w pracy… Wyraźny, nienaruszony podpis, ale bez realnej osoby w szpitalu. A nowi pracownicy, nieprzyzwyczajeni do przytłaczającej atmosfery, uciekli po tygodniu, nie czując niczego, poza słyszeniem. Echo kroków na korytarzu, skrzypnięcie drzwi, dokładnie tak, jak opisał dyrektor. Zeznania: „Wydawało mi się, że usłyszałem westchnienie w kostnicy…” lub „Poczułem obecność przed gablotą z urnami…” – i wszystkie zostały unieważnione, zakwalifikowane jako wytwór wyobraźni. Dyrektor słuchał jednak w milczeniu, przerażony ciemnością i głosami, których nie miał odwagi zgłosić.
W piątek dyrektor wszedł do gabinetu później niż zwykle. Czuł, że czegoś brakuje. Drżąc, wziął z biurka rejestr z kostnicy – tam, obok aktualnego dnia – jej podpisu brakowało. Lekkie trzaśnięcie drzwiami, drgnięcie na korytarzu… Potem drzwi zamknęły się z gwałtownym trzaskiem.
Zacięły się, a telefon wypadł mu z ręki. Klask! Klask, klask! – kroki wchodziły po schodach, a potem schodziły. W powietrzu unosił się zapach papierosów i zawroty głowy od piżma. Cichy, pozbawiony echa głos szeptał jego imię.
Podejrzenia go zmroziły: po tylu podpisach… rzeczywiście pojawiła się od rana. Ale jak mogła istnieć bez ciała? Zerwał się przerażony i wczołgał się na korytarz. Cisza z każdym krokiem zmieniała się w przytłaczającą tyranię. Drzwi kostnicy były otwarte.
A tam, na podłodze, słabe źródło światła – fosforyzująca świeca – wyłaniało się z cienia cieni jej bladej postaci. Zimne odcienie przenikały w kąty ściany. Dyrektor próbował coś powiedzieć: „Przepraszam, proszę zostawić mnie w spokoju…”.
Ale ona pojawiła się z tyłu, niemal ze ścian. Pochylając się nad stołem sekcyjnym, z zimnym narzędziem w dłoni, odwróciła głowę z precyzją mechanicznej marionetki. Jej oczy, pełne nieustępliwego wstrętu i jednocześnie litości, wpatrywały się w niego.
„Nie zapomniałam o tobie” – powiedziała. „Wielu ludzi myśli, że znikamy, my wszyscy. Ale ja cię potrzebuję”.
Dyrektor, ściskając serwetkę, skinął głową słabym, lecz drżącym głosem: „Nie wiem, czego ode mnie chcesz”.
„Chodź” – wyszeptała. „Czas, żebyś poszedł ze mną”.
Przez chwilę żołądek mu się zamarł. Leżał bez ruchu, niezdolny do myślenia. Nagle coś pękło – ostatni przypływ odwagi. Cofnął się, otwierając drzwi. „Nie! Nie masz sił…”
Ale był niewidzialny próg. W tym momencie – oślepiające światło, syk, który usłyszał zastępca kierownika. Rzucił się naprzód, zobaczył otwarte drzwi, ciało leżące na podłodze, wciąż płonącą świecę.
Dyrektor drżał. „Gdzie ja jestem? Co ty zrobiłeś?” – krzyknął, ale jej już nie było.
Lekcja, która zapisała się w jego duszy, brzmiała następująco: gra z niewidzialnym światem nigdy się nie kończy – wydawała się istotą między światami. Przewodniczką do innej rzeczywistości, posługującą się jego wezwaniem. Wiedział, że jej ciało wciąż tam jest – jakkolwiek oślizgłe, jakkolwiek obce mu się wydawało – ale jej obecność przekroczyła czas i przestrzeń. W tym momencie zrozumiał: nigdy tak naprawdę nie została uratowana z zaświatów. Jego wołanie było błaganiem. W zamian poprosiła o jego duszę w ramach podziękowania.
Następnego dnia dyrektor zaczął sprzątać kostnicę. Aby zebrać pamiętniki, zarchiwizować je. Po raz pierwszy w ciągu dwóch miesięcy historii nie było śladu podpisu dziewczyny. Poczuł chwilę ulgi. Aż w jego sercu pojawiła się niezagojona rana.
Wtedy, pewnego ranka, tuż przed porannym spotkaniem, dziewczyny w biurze zauważyły coś na lustrze w drzwiach dyrektora. Zdanie napisane parą:
„Spotkamy się ponownie”.
Bezgłośnie dotknął tych słów mokrą dłonią. Centrala wydawała się głucha, ale jego ciało drżało. To było to. Nie padło ani jedno słowo, tylko echo. Czasami ludzie mówią, że wciąż czują w pobliżu białą postać, jakby strzegła szpitalnych korytarzy. Nikt nie wie, czy to prawda, czy tylko cień strachu.
Ale reżyser… on wie. Wie, że do niej zadzwonił. Wie, że jego los jest przesądzony.
I gdzieś w otaczającej go ciszy czeka na nią.