Grupa kilku mężczyzn i kobiet zbliża się do komnaty weselnej. W powietrzu wisiała napięta atmosfera, jakby wszyscy wstrzymali oddech. Jeden z gości, Roman Jurijewicz, zdecydowanie zapukał do drzwi.
—Anton? Anno? Czy wszystko w porządku? zapytał stanowczym głosem.
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Słychać było tylko słabe szlochy Anny. Goście zaczęli spoglądać po sobie, coraz bardziej zaniepokojeni.
— Otwieramy drzwi! — powiedział jeden z przyjaciół Antona, wysoki, solidny mężczyzna o imieniu Siergiej. Nacisnął mocno klamkę, ale drzwi ani drgnęły.
— Jest zamknięte! — mruknął, patrząc na pozostałych.
— Zniszczę to! — zasugerował inny gość, który najwyraźniej nie mógł już znieść niepewności.
Siergiej skinął głową, a drzwi otworzyły się z głośnym hukiem i złowrogim skrzypnięciem. W tym momencie wszyscy zaniemówili. Anna stała przy łóżku w białej sukni ślubnej, blada jak ściana, z szeroko otwartymi oczami i drżącymi ustami. Łzy spływały jej po policzkach.
Anton siedział na podłodze obok łóżka, z głową pochyloną i opartą na rękach. Jego twarz była ukryta, ale całe jego ciało wydawało się napięte.
„Co tu się, do cholery, dzieje?” — krzyknął Roman Jurjewicz.
Anna spojrzała na niego, lecz najwyraźniej nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.
„On… on nie jest Antonem…” wyszeptała drżącym głosem.
- Co?! — dało się usłyszeć kilka głosów naraz.
Anna cofnęła się przerażona, jakby obecność pana młodego ją przerażała.
— To nie jest Anton! — powtórzyła, a jej ciałem wstrząsnęła kolejna fala szlochów.
Goście byli oszołomieni. Wszyscy spojrzeli na mężczyznę leżącego na podłodze, który powoli podniósł głowę. Jego oczy były pełne bólu i zagubienia, ale było w nich też coś jeszcze. Coś… obcego.
„Ja… ja nie wiem, co się dzieje…” wyszeptał.
Anton zdawał się być odmieniony. Jego głos był chrapliwy, a spojrzenie — puste. Wtedy, w grobowej ciszy, rozległ się kolejny krzyk — tym razem jednego z gości, wskazującego na lustro w pokoju.
Wszyscy odwrócili się i zamarli. W odbiciu lustra znajdował się Anton. Prawdziwy Anton. A mężczyzna siedzący na podłodze… był kimś jeszcze. Coś, czego nie powinno tam być.
Kamera zawirowała przed oczami Anny, a ona zemdlała w ramionach przerażonej matki.
„O mój Boże…” – wyszeptał ktoś.
Ale z ciemności nie nadeszła żadna odpowiedź. Jedynie wiatr, który podniósł się za oknem, przyniósł ze sobą przerażający szept.