Toma poczuł, że nogi zaczynają mu słabnąć. Nie mógł oderwać oczu od kobiety stojącej przed nim.
„Nie…” wyszeptał niemal niesłyszalnie.
Maria… albo przynajmniej ktoś, kto wyglądał dokładnie jak ona. To samo spojrzenie, te same pełne gracji ruchy, te same usta, które kiedyś całował… ale Maria nie żyła. On sam widział, jak trumnę opuszczano do ziemi. Wczoraj wieczorem trzymał jej zimną dłoń, próbując wyryć jej dotyk w swojej duszy.
A jednak stała przed nim, ubrana w białą suknię, z delikatnym welonem okrywającym jej ramiona. Narzeczona jego przyjaciela.
Mary… a może to nie była Mary?
W tym momencie kobieta całkowicie odwróciła głowę w jego stronę. Jej brązowe oczy rozszerzyły się, a twarz wykrzywiła się w grymasie szoku.
Toma poczuł gulę w gardle.
— Maryjo? – powiedział raczej do siebie.
Ale w tym momencie Owidiusz uścisnął mu dłoń.
— Tato, kim jest ta pani? Czemu tak na nią patrzysz?
Kobieta zamrugała szybko, łapiąc oddech. Wtedy, jakby zdając sobie sprawę, że wszyscy na nią patrzą, pociągnęła Bogdana za ramię i coś mu szepnęła.
Bogdan spojrzał na nią ze zdziwieniem, po czym zwrócił wzrok na Tomę. Zmarszczył brwi, ale jego uśmiech nie zniknął całkowicie.
— Kochani przyjaciele, dziękujemy, że byliście z nami w tym wyjątkowym dniu! – powiedział głośno, podnosząc rękę panny młodej. – Chciałbym przedstawić wam moją ukochaną żonę, Anę-Marię.
Ana-Maria.
Nie Mary.
A jednak…
Kobieta ponownie spojrzała na Tomę. Przez sekundę jej usta lekko się poruszyły, nie wydając przy tym dźwięku.
Tomasz wyraźnie odczytał słowa, które wypowiedział w myślach:
- Pomoc.
Krew zastygła mu w żyłach.