Prognozy Ministerstwa Finansów nie pozostawiają złudzeń – dług publiczny Polski w najbliższych latach ma osiągnąć niespotykany dotąd poziom. Dokument „Strategia zarządzania długiem na lata 2026–2029” zakłada, że już w 2029 roku zadłużenie liczona według unijnej metodologii może dojść aż do 75% PKB. Krajowy sposób liczenia pokazuje niewiele lepszy wynik – prawie 60%, czyli granicę wyznaczoną przez konstytucję.
Choć dane te brzmią alarmująco, politycy zdają się je ignorować. Trudno się jednak dziwić – wybory parlamentarne w 2027 roku zbliżają się wielkimi krokami, a w kampaniach temat stabilności finansowej ustępuje miejsca festiwalowi nowych obietnic. Tymczasem ekonomiści ostrzegają: przyszły rząd może odziedziczyć fiskalną katastrofę, która wymusi bolesne decyzje – od zamrożenia pensji po twarde cięcia świadczeń społecznych.
Problemem jest też polityczna blokada – prezydent Karol Nawrocki jasno zapowiedział sprzeciw wobec podnoszenia podatków. Do tego dochodzi przekonanie, że „zawsze się znajdą pieniądze”, które zdominowało myślenie polityków po 2015 roku, niezależnie od partii.
Eksperci już dziś prognozują, że bez szybkiej reakcji Polska może nie poradzić sobie z potencjalnym kryzysem gospodarczym. W przeszłości wchodziliśmy w trudne czasy z niskim zadłużeniem – teraz sytuacja wygląda znacznie gorzej. Jeśli PKB przestanie rosnąć w szybkim tempie, scenariusz z deficytem sięgającym 12% może stać się realny – a wtedy pytanie nie brzmi „czy”, ale „jak głęboko zaboli”.
Minister finansów Andrzej Domański uspokaja, że rząd planuje dodatkowe działania ograniczające deficyt, ale ekonomiści, którzy przeanalizowali strategię, są zdziwieni skalą zagrożeń, które dokument ujawnia. I choć politycy traktują je jako straszenie „drugą Grecją”, liczby nie kłamią.