Feliks podszedł do Marii, próbując nieśmiało się uśmiechnąć.
— Wyglądasz… inaczej — powiedział, unikając jej wzroku.
— Tak, i czuję się inaczej — odpowiedziała Maria ze spokojem kobiety, która w końcu wie, kim jest.
Klara skinęła głową, jakby bezgłośnie akceptując zmianę, ale jej głos brzmiał ostro:
— Dobrze, że się ogarnęłaś. Dzieci wydają się w końcu pod dobrą opieką.
Maria nie odpowiedziała od razu. Nie spieszyła się, nauczyła się nie reagować impulsywnie, nie usprawiedliwiać wszystkiego.
— Moje dzieci zawsze były pod dobrą opieką. Ale teraz mają matkę, która już nie patrzy z góry.
Feliks rozejrzał się po mieszkaniu, zauważając nieskazitelną czystość, kwiaty na balkonie i panującą tam atmosferę spokoju. Nie było w nim chaosu „opuszczonego” domu, jak mógł sobie wyobrażać.
— Mario, wiem, że… myliłam się. Nie chciałam cię skrzywdzić.
Spojrzała na niego gniewnie:
— Nic nie powiedziałeś, kiedy twoja matka oznajmiła, że wyjeżdża z tobą. Pozwoliłeś, by twoje milczenie przemówiło za ciebie. A co powiedziała? Że bardziej zależy ci na jej komforcie niż na zdrowiu matki twoich dzieci. To był twój wybór, nie tylko jej.
Felix westchnął i usiadł na brzegu kanapy. Dzieci patrzyły na niego z ciekawością, ale z dystansem.
— Niełatwo odmówić matce…
— Ale czy łatwiej jest porzucić żonę? — zapytała Maria spokojnie, nie podnosząc głosu.
Wtrąciła się Klara, zirytowana tonem rozmowy.
— Dość, dość tych wyrzutów. To były tylko wakacje. Miałeś czas, żeby „odnaleźć siebie”, jak to mówisz. Nie dramatyzujmy.
Maria zwróciła się do Klary z delikatnym, zimnym uśmiechem.
— To były coś więcej niż wakacje. To była lekcja. Dla wszystkich. Ty zadbałeś o swoje nerwy, ja o swoją duszę. I myślę, że wyszłam z tego obronną ręką.
Klara zarumieniła się, ale nic więcej nie powiedziała.
Felix wstał.
— Możemy porozmawiać, tylko we dwoje?
Maria skinęła głową i wyprowadziła go na balkon. Słońce zachodziło, rzucając ciepłe światło na miasto.
— Mario… Dużo o tobie myślałam. O nas.
— Myślałaś o tym, kiedy opalałaś plecy z mamą?
Felix zamknął oczy, zawstydzony.
— Nie wiedziałam, jak zareagować. Mama postawiła mnie w sytuacji…
— Marna wymówka. Nie masz już dwudziestu lat. Masz rodzinę. Zdecydowałeś się nie być z nią.
Cisza. Słyszałeś ptaki i stłumione odgłosy miasta.
— Chcę wszystko naprawić. Chcę, żebyśmy znów byli rodziną.
Maria długo na niego patrzyła. Nie była już tą samą kobietą, która czekała na niego w nocy, cicho płacząc. Nie była już tą, która godziła się na wszystko dla „dobra rodziny”.
— Nie chcę wracać do tego, kim była. Chcę czegoś nowego. Chcę partnera, który mnie dostrzega. Który mnie wybiera. Nie tylko wtedy, gdy jest mi wygodnie, ale i wtedy, gdy jest ciężko.
— A jeśli spróbuję być tym mężczyzną? — zapytał z nutą nadziei.
— To będziesz musiał mi pokazać, a nie tylko powiedzieć. Z czasem. Czynami.
Powoli skinął głową.
— Dam ci czas. I będę blisko. Jeśli chcesz, żebym wrócił, będę tutaj.
Wrócili do środka. Dzieci bawiły się klockami. Klara siedziała na kanapie, wyraźnie znudzona.
— Wychodzimy — powiedział Feliks. Spojrzał na matkę. — Zabiorę cię do domu.
Klara chciała zaprotestować, ale nie odważyła się.
— Dobrze.
Wyszli. Maria spokojnie zamknęła za nimi drzwi. Spojrzała na zegarek. Została jej godzina, zanim dzieci będą musiały pójść spać.
Otworzyła laptopa. Miała dokończyć raport. Odkąd pracowała w firmie, czuła, że świat się przed nią otworzył. Nie było to łatwe — ale był jej.
Dzieci podeszły do niej.
— Mamo, możemy przeczytać historię o smoku przed snem?
— Jasne, kochanie. Ale ty ją przeczytaj, a ja po prostu posłucham, dobrze?
Roześmiały się.
Jej życie nie było już idealne na papierze — ale było autentyczne. I z każdym dniem Maria czuła, jakby pisała własną historię. Nie taką, w której tylko odgrywała rolę, ale taką, w której była autorką.
A jeszcze nie dotarła do końca. Ale po raz pierwszy… wcale nie bała się tego, co miało nadejść.