W szesnastej minucie Alin się zatrzymała.
Nie nagle. Nie teatralnie.
Po prostu oderwała ręce od klawiatury i wzięła głęboki oddech.
— Gotowe.
Camila nie spieszyła się z odpowiedzią. Podeszła do laptopa, przeczytała linijki kodu, przewinęła, sprawdziła ponownie. Jej twarz niczego nie zdradzała.
Alin poczuła, jak serce wali jej w gardle. Pomyślała o jego matce, o małym mieszkaniu w Berceni, o rachunkach piętrzących się na stole. O lodówce, która hałasowała w nocy, bo była tak stara. O pieniądzach odliczanych do ostatniej lejki.
Jeśli coś pójdzie nie tak, nie będzie miała innej szansy.
Camila wpisała coś jeszcze. Uruchomiła program.
Wynik pojawił się na ekranie.
Prawidłowo.
Nie tylko poprawnie. Elegancko. Szybko. Prościej niż wersja, nad którą jej zespół pracował przez trzy dni.
Zapadła cisza.
Wtedy Camila podniosła wzrok.
— Wiesz, co tu zrobiłeś?
Alin przełknęła ślinę.
— Czy ja… rozwiązałam problem?
Po raz pierwszy jeden kącik jej ust się uniósł.
— Rozwiązałeś go lepiej niż trzy osoby z dwoma wydziałami i kursami opłaconymi tysiącami euro.
Słowa ucichły.
Alin poczuł, jak policzki go pieką. Nie ze wstydu. Z ekscytacji.
Camila usiadła przed nim.
— Dlaczego nie masz dyplomu uniwersyteckiego?
Pytanie nie było oskarżycielskie. Było bezpośrednie.
— Mój ojciec zachorował w ostatniej klasie liceum. Zaczęłam pracować. Kurier, magazyn, cokolwiek mogłam znaleźć. Potem on… — przerwała — zniknął. Musiałam zostać w domu z mamą. Uczyłam się po nocach. Z korepetycji. Z forów. Popełniłam wiele błędów. Ale się nie poddałam.
Biuro wydawało się mniejsze.
Bardziej ludzkie.
Camila wstała i podeszła do okna. Bukareszt był widoczny, rozległy, z szarymi blokami i antenami na dachach.
— Wiesz, dlaczego do ciebie zadzwoniłem, nie pytając, jak wyglądasz?
Alin pokręcił głową.
— Bo mój ojciec też przyszedł kiedyś na rozmowę kwalifikacyjną w pożyczonej koszuli. I wyrzucili go z recepcji. Przysiągł wtedy, że gdyby kiedykolwiek miał firmę, zatrudniałby ludzi ze względu na to, co wiedzą, a nie na to, jak się ubierają.
Odwróciła się do niego.
— Dotrzymuję obietnic.
Alin nie mógł nic więcej powiedzieć.
Camila nacisnęła przycisk na telefonie stacjonarnym.
— Radu, wejdź za chwilę.
Po chwili wszedł dyrektor ds. kadr.
— Tak, pani dyrektor?
Camila zamknęła laptopa.
— Przygotuj umowę dla Alina Munteanu. Pensja początkowa: 7500 lei netto. Trzymiesięczny okres próbny. Jeśli będzie się sprawował tak, jak myślę, renegocjujemy.
Radu zamrugał.
— Ale… inni kandydaci—
— Inni kandydaci mogą używać swoich drogich perfum gdzie indziej.
Ton nie był złośliwy. Był zdecydowany.
Alin poczuł zawroty głowy.
— Czy ja… jestem zatrudniony?
Camila spojrzała mu prosto w oczy.
— Jeśli chcesz.
W jego oczach zebrało się całe zmęczenie po ciężkich latach. I cała nadzieja.
— Chcę.
Kiedy wyszedł z biura, jego kroki były niepewne. Ale nie ze strachu. Z nadmiaru emocji.
W recepcji Andreea podniosła wzrok.
— I?
Alin przycisnął teczkę do piersi, tak jak wtedy, gdy wszedł.
— Zaczynam w poniedziałek.
Przez chwilę nikt nic nie mówił.
Dwaj „idealni” kandydaci, którzy wciąż czekali na oficjalną odpowiedź, patrzyli na siebie z szeroko otwartymi oczami.
Obrotowe drzwi znów się otworzyły, gdy Alin wyszedł na ulicę.
Zimne powietrze uderzyło go w twarz.
Wyciągnął z kieszeni stary telefon i wybrał numer.
— Mamo?
Głos mu drżał.
— Zatrudnili mnie.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem stłumiony szloch.
To nie była tylko praca.
To był dowód na to, że w tym kraju czasami nie ma znaczenia, jak bardzo zniszczone są buty.
Liczy się to, jak bardzo umiesz iść naprzód.