W pudełku z ciasteczkami nie było pieniędzy, jak się Andriej spodziewał. Ani kilku zmiętych banknotów. Były papiery. Mnóstwo papierów. Pożółkłe teczki, pokwitowania, umowy, akty notarialne, wszystko przewiązane sznurkiem.
Andriej poczuł ucisk w żołądku.
— Co to jest? — zapytał cicho.
Ion powoli usiadł na drewnianym klocku. Ciężko oddychał.
— To twoja willa, bracie.
Andriej zaśmiał się krótko, nerwowo. Pustym śmiechem.
— Zwariowałeś? To jakieś papiery!
Ion spojrzał na niego. Jego oczy były zmęczone, ale jasne.
— Czytaj.
Andriej wyciągnął pierwszy plik. To była umowa kupna-sprzedaży. Działka w granicach miasta, na skraju wsi, blisko drogi powiatowej. Potem kolejna. I kolejna. Działka obok działki. W sumie siedem działek.
— Dlaczego kupiłeś działkę? — mruknął Andriej. — Mówiłem ci, żebyś zbudował dom!
Ion uśmiechnął się ponownie, równie gorzko.
— Wiem. Ale willa się rozpada. Ziemia zostaje.
Potem wyjął kolejną stertę. Wyciągi bankowe. Inwestycje. Mała lokalna firma transportowa. Dwa używane vany. Umowy ze sklepami w pobliskim miasteczku.
— Zaczęliśmy od vana. Potem kolejny. Pracowaliśmy z nimi dniem i nocą. Jeździłem, rozładowywałem. Spałem, gdzie tylko mogłem. Tutaj… — wskazał na budę dla zwierząt.
Andriej poczuł gulę w gardle.
— Ale pieniądze? — wyszeptał. — Gdzie są moje pieniądze?
Ion wyjął ostatni dokument. Niedawny wyciąg bankowy. Kwota była duża. Bardzo duża. Znacznie większa niż Andriej wysłał przez dziesięć lat.
— Oto są. Wszystkie. I jeszcze więcej.
Andriej poczuł, jak miękną mu nogi.
— Dlaczego… dlaczego tak żyłeś? — zapytał, rozglądając się po pudłach, po podartych ubraniach.
Ion spuścił głowę.
— Bo ktoś musiał zacisnąć pasa. Byłeś sam wśród obcych. Ja byłem w domu. Powiedziałem, że mogę to wziąć.
Zapadła ciężka cisza.
Wtedy Ion wstał, wyjął z kieszeni nowy klucz i włożył go Andriejowi w dłoń.
— Chodź.
Przeszli kilkaset metrów, do końca drogi. Tam, za prostym płotem, stał duży, solidny dom, niedokończony z zewnątrz, ale ewidentnie trwały. Bez przepychu. Bez zbędnych kolumn. Ale zbudowany na całe życie.
— Nie chciałem efektownej willi — powiedział powoli Ion. — Chciałem domu. Takiego, w którym się mieszka, a nie na który się patrzy.
Andriej wszedł. Proste ściany. Jasne pokoje. Duża kuchnia. Miejsce dla dzieci. Miejsce na spokój.
Uklęknął na środku domu i zapłakał. Tym razem z wdzięczności.
Ion położył mu rękę na ramieniu.
— Teraz twoja kolej, bracie, zostać w domu.
Tego wieczoru, po raz pierwszy od dziesięciu lat, jedli razem przy jednym stole. Prosto. Jak za dawnych czasów.
I Andriej zrozumiał, że prawdziwym bogactwem nigdy nie była willa, ale ciche poświęcenie brata, który postanowił się spalić, żeby ten drugi mógł żyć.