Leonard położył serwetkę na kolanach i rozejrzał się. Przy stole nie było ani krzty przepychu i splendoru. Proste talerze, grube szklanki, jedzenie pospiesznie rozłożone. Starszy kierowca uśmiechnął się do niego przelotnie, z szacunku. Niania pospiesznie sprawdziła telefon. Nikt go nie oceniał. Nikt go nie znał. A co najważniejsze, czuł się tam lepiej niż wśród bogaczy.
Z przodu słychać było muzykę. Głośny śmiech. Przemówienia pełne pochwał.
Leonard jadł powoli, myślami błądząc gdzieś daleko. Pamiętał zimne noce spędzone w koszarach, trudne misje, uratowanych ludzi. Pamiętał, jak co miesiąc wysyłał matce pieniądze, nikomu o tym nie mówiąc. Nie było to „nic”, jak mawiał jego ojciec. Pieniądze dotarły dokładnie tak, jak powinny.
Nagle muzyka ucichła.
W sali rozległ się szmer niczym fala. Głowy zwróciły się w stronę wejścia. Wielkie drzwi otworzyły się szeroko.
W drzwiach pojawił się mężczyzna w ciemnym garniturze w towarzystwie dwóch ochroniarzy. Nie trzeba go było przedstawiać. Wszyscy go rozpoznali. Był premierem Rumunii.
W sali zapadła cisza.
Arnulf Mondragón o mało nie upuścił kieliszka. Senatorowie wstali. Ważne osobistości nerwowo poprawiały marynarki.
Premier nie zatrzymał się przy stole weselnym.
Nie zatrzymał się przy stole głównym.
Przeszedł prosto na tył sali.
Jego kroki odbijały się wyraźnie i ciężko od marmurowej posadzki. Minął luksusowe stoły, nie patrząc ani w lewo, ani w prawo.
Arnulf poczuł, jak zapiera mu dech w piersiach.
Premier zatrzymał się przed ostatnim stołem.
„Leonard Popescu?” – powiedział stanowczym głosem.
Leonard natychmiast wstał.
— Tak, panie premierze.
Mężczyzna z szacunkiem wyciągnął rękę.
— To zaszczyt pana znowu widzieć. Gdyby nie pan i zespół, którym pan dowodził, nie byłoby mnie tu dzisiaj. Uratowaliście życie. Uratowaliście honor kraju.
W sali zapadła cisza.
Premier zwrócił się do gości.
— Chcę, żebyście wszyscy wiedzieli, że ten człowiek jest jednym z najlepszych oficerów, jakich Rumunia kiedykolwiek miała. Dyskretny, sprawiedliwy, odważny. Odmówił przyjęcia stanowisk, odmówił pieniędzy. Wybrał służbę, a nie bogacenie się.
Arnulf poczuł, jak miękną mu kolana.
— Panie Popescu — kontynuował premier — kraj jest panu wiele winien. A ja osobiście dziękuję.
Leonard skłonił głowę.
— Wypełniłem tylko swój obowiązek.
Premier ponownie uścisnął dłoń Leonarda i odszedł, pozostawiając po sobie ciężką ciszę.
Przez kilka sekund nikt nic nie mówił.
Potem zaczęły się szepty.
Wyrazy twarzy.
Arnulf podszedł, blady.
„Leonard… ja…” wyjąkał.
Leonard spojrzał na niego spokojnie.
„W porządku, ojcze. Wybrałeś to, co uważałeś za ważne”.
Odwrócił się do brata, który patrzył na niego ze łzami w oczach, i przytulił go.
„Kamienny dom”.
Po czym wyszedł, tak jak przyszedł. Cichym krokiem.
Tego wieczoru, w Wielkim Salonie, to nie bogactwo lśniło najjaśniej.
Lecz godność.