Wyrzucona na deszcz ze swoimi trzema córkami

Andriej Dumitrescu otworzył oczy po raz drugi dopiero koło południa.

Gorączka mu opadła. Spojrzał prosto na Marię, jakby próbował odczytać jej duszę.

— Wyciągnąłeś mnie spod konia? — zapytał ochrypłym głosem.

Maria skinęła głową.

— Jeśli nic nie zrobimy, do rana będziesz martwy.

Jego ludzie wymienili zaniepokojone spojrzenia. Jeden z nich wyszeptał:

— Bojarze, musimy odejść. To nie jest bezpieczne miejsce.

Ale Andriej nie spuszczał wzroku z kobiety przed sobą. Patrzył na jej poszarpane dłonie, mokre ubranie, przestraszone dziewczyny za nią.

— Jak masz na imię?

— Maria Ionescu.

— Mąż?

— Martwy.

Krótka odpowiedź. Żadnych łez.

Jeden z ludzi Andrieja zauważył podarte buty dziewczyn.

— Żyć w ten sposób? W lesie?

Maria poczuła, jak wstyd oblewa jej policzki, ale nie spuściła wzroku.

— Żyjemy najlepiej, jak potrafimy.

Andriej próbował wstać. Ból sprawił, że zacisnął zęby.

— Przyprowadźcie powóz. I wiejskiego lekarza, rozkazał.

Potem do Marii:

— Chodźcie ze mną.

Zamarła.

— Gdzie?

— Do dworu.

Dziewczyny zebrały się wokół niej.

Maria przełknęła ślinę. Pomyślała o rodzinie Popa. Co, jeśli się dowiedzą? Co, jeśli się zemszczą?

Ale jakie miała wyjście? Jeszcze jedną noc pod pustym niebem?

Dotarli do dworu „Dealul Corbului” przed zachodem słońca. Duży budynek, grube mury, szeroki dziedziniec, ludzie biegali we wszystkie strony na widok powozu.

Wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy: bojara znaleziono rannego. Uratowała go wdowa.

Lekarz założył mu nogę w gips i powiedział wyraźnie:

— Jeśli spóźni się jeszcze godzinę, stracimy go.

Andriej poprosił, żeby następnego dnia przyprowadzono Marię do jego gabinetu.

W międzyczasie ona i dziewczynki zostały zabrane do czystego pokoju. Po raz pierwszy od miesięcy spały w prawdziwym łóżku.

Rano Maria przyszła z sercem wielkości pchły.

Andriej siedział w swoim gabinecie, opierając się o laskę.

— Wiem, kto cię wygonił — powiedział bez ogródek. Rodzina Popów.

Maria poczuła ucisk w żołądku.

— Pokazali fałszywy testament, prawda?

Jej oczy się rozszerzyły.

— Skąd wiesz?

Andriej uśmiechnął się zimno.

— Bo ziemia, z której cię wyrzucili, jest w rzeczywistości moją dzierżawą. I żaden akt własności nie może zostać zmieniony bez mojej wiedzy.

Pokój nagle zrobił się za mały.

— Miałem się z nimi spotkać wczoraj wieczorem. Otrzymałem anonimowy list z informacją, że grzebią w aktach własności i ziemi.

Maria zrozumiała.

Burza nie była przypadkowa.

Ta droga nie była przypadkowa.

— Co zamierzasz zrobić? — wyszeptała.

Andriej z trudem wstał.

— Co trzeba.

Dwa dni później wszyscy mieszkańcy wioski zebrali się na podwórku rodziny Popa. Andriej, opierając się na lasce, miał obok siebie lekarza i notariusza.

Odczytano prawdziwe akty własności.

Papier o dług był fałszywy.

Podpis, źle skopiowany.

Świadkowie zapłacili.

Twarz Vasile Popy zbladła, gdy żandarmi położyli mu ręce na ramieniu.

Maria stała z tyłu, a dziewczyny obok niej drżały.

— Ziemia i dom prawnie należą do Marii Ionescu i jej dzieci — powiedział notariusz głośno, tak aby wszyscy mogli usłyszeć.

Przez tłum przeszedł szmer.

Po raz pierwszy od miesięcy Maria poczuła, że ​​powietrze już nie boli.

Andriej zwrócił się do niej.

— Mówiłem ci, że władza nie zapomina. Ale wdzięczność też nie.

W ciągu następnych kilku tygodni jej życie zmieniało się powoli, ale nieubłaganie. Odzyskała dom. Majątek zaoferował jej uczciwą umowę dzierżawy ziemi. 1500 lei miesięcznie za prowadzenie sadu.

Dziewczęta poszły do ​​szkoły w wiosce z nowymi tornistrami.

Pewnego wieczoru Maria stała na progu domu, obserwując zachód słońca. Ana się śmiała. Ioana czytała na głos. Elena biegła za kurami.

Andriej nadjechał konno, wyprostowany, silniejszy.

— Odzyskałaś to, co twoje — powiedział.

Maria spojrzała na niego spokojnie.

— Nie tylko ja. Oni też.

Skinął głową.

W wiosce ludzie wciąż szeptali o nocy burzy.

Ale dla Marii burza była początkiem.

Nie końcem.

Z błota i deszczu odbudowała swoje życie.

I tym razem nikt nie mógł jej przegonić.