“Pochowali mnie i zapomnieli”

Dźwięk przeciął powietrze niczym nóż.

W środku zapadła cisza. Tavi została z kawałkiem mięsa w powietrzu. Larisa upuściła wazon na stół, a koniak rozlał się po obrusie, który wyhaftowałam.

Radu najpierw odwrócił się do okna.

I mnie zobaczył.

Jego twarz zbladła jak kreda.

— Mamo…? — wyszeptał.

Zapukałam ponownie.

Nie głośno. Na tyle, żeby wiedziała, że ​​nic nie widzi.

Larisa zaczęła krzyczeć. Tavi wstała tak gwałtownie, że przewróciła krzesło. Przez chwilę naprawdę wydawali się opłakiwać. Tyle że nie moją śmierć. Strach.

Radu zatoczył się na werandę.

— Ty… żyjesz?

— Jak widzisz — odpowiedziałam spokojnie. — I wciąż chodzę o własnych siłach.

Lekko padał deszcz. Błoto sięgało mi po kostki, ale nie przejmowałam się tym.

— Ale policja… mówili… że las…

— Że las jest duży? Tak. Ale nie na tyle, żeby mnie pochować bez szukania przez co najmniej trzy dni.

Larisa pojawiła się w drzwiach, drżąc.

— My… myśleliśmy, że…

— Że się mnie pozbyłaś? — dodałam.

Cisza.

W domu pachniało czosnkiem i wstydem.

Wszłam powoli. Oparłam łopatę o ścianę, tuż obok wieszaka, na którym wciąż wisiał płaszcz mojego męża.

Usiadłam na czele stołu.

— Proszę kontynuować. Co chciałaś zniszczyć za pierwszym razem?

Nikt nie odpowiedział.

Radu potarł czoło.

— Mamo… byliśmy zestresowani… nie wiedzieliśmy, co robić…

— Więc zaczęłaś się dzielić.

Wzięłam butelkę koniaku i zamknęłam ją.

— Jałmużna bez zmarłego. Ciekawy zwyczaj.

Larisa zaczęła płakać. Ale jej łzy już mnie nie wzruszały.

— Powiem ci coś jasno — kontynuowałem. — Ten dom jest na moje nazwisko. Działka jest ta sama. A jutro idę do notariusza.

Zaczął Radu.

— Do jakiego notariusza?

— Darowizna. Ale nie dla ciebie.

Popatrzyli na siebie.

— Do ratusza. Po mojej śmierci powstanie tu ośrodek dla dzieci. Albo dla starszych bez rodzin. Coś pożytecznego.

— Mamo, nie możesz tego zrobić! — wybuchnęła Larisa.

— Mogę.

Wstałem.

— Bo wciąż żyję. I widzę, że to cię bardziej boli niż moja śmierć.

Tavi milczał.

Radu próbował coś powiedzieć, ale słowa nie chciały wyjść.

Wziąłem niebieski wazon i wytarłem go rogiem fartucha.

— Zapraszam do dokończenia jałmużny. Jedzenie jest dobre. Tylko następnym razem może najpierw sprawdź, czy ten człowiek naprawdę umarł.

Wyszedłem z domu i zamknąłem za sobą drzwi.

Następnego dnia poszedłem do notariusza w mieście.

Miesiąc później dokumenty były gotowe.

Moje dzieci nadal czasami przychodzą. Nadal siedzą na ławce, nadal starają się sprawiać wrażenie ciepłych.

Zaproponowałem im herbatę.

Ale dom nie jest już nagrodą.

To tylko dom.

A ja nie jestem już „śmieciem”.

Jestem jego właścicielem.

I dopóki sam będę kopał swoją ziemię łopatą, nikt mnie przedwcześnie nie pochowa.